poniedziałek, 23 września 2013

Pobyt w szpitalu

Pod jedną z ostatnich notek, czytelniczka Kot napisała:

"Bardzo ciekawe rzeczy :) Chciałabym zobaczyć wpis, w którym opiszesz jak było przez te 10 dni w szpitalu, uwzględniając ploteczki z sąsiadeczkami z porodówki oraz to, jak się dziewczyna czuje i jak sobie radzi kiedy non stop niekontrolowanie leje się z niej dołem i (dość niestandardowo) górą. Wiem, że potrafisz to zrobić, bo opis odczuć związanych z okolicznościami cesarki był bardzo obrazowy. Zatem czekam i może się doczekam :)"

Zatem dziś notka na życzenie:) A tak na marginesie, jestem ciekawa, czy to ten Kot, o którym myślę, czy zupełnie inny;)

Od mojego porodu minęło już prawie pół roku. Kawał czasu, a jednak wydaje się jakby to było wczoraj. Tak jak już wspominałam w szpitalu spędziłam aż 10 dni. Dlaczego tak długo? Najpierw przez 3 doby Filipka trzymali w inkubatorze, aby mu zapewnić ciepło. Później mały dostał żółtaczki noworodkowej i musiał być naświetlany. Chcieli nas zostawić na oddziale jeszcze dłużej, ale tak męczyłam pediatrę, że w końcu  zlitowała się i pozwoliła nam wyjść. O wypisie decydowała pediatra, ponieważ ja już w trzeciej dobie po porodzie byłam w stanie umożliwiającym powrót do domu. Jednak w szpitalu, w którym rodziłam, jeśli nie ma nadmiaru pacjentek, to mama zostaje na oddziale dopóki dziecko musi być hospitalizowane.

Moje odczucia związane z pobytem w szpitalu niestety nie są dobre. Pomimo, że trafiłam na przemiłe położne (oprócz jednej) psychicznie czułam się fatalnie. Tak jak już wielokrotnie wspominałam, urodziłam 5 tygodni przed wyznaczonym terminem. Nie byłam jeszcze psychicznie gotowa na urodzenie dziecka. To wszystko bardzo mocno mnie zaskoczyło. Nie miałam pojęcia jak zajmować się dzieckiem, nie potrafiłam przystosować się do sytuacji. W dodatku synek leżał z dala ode mnie. Nie miałam pokarmu, bo nie miałam przy sobie dziecka. Leżałam i patrzyłam na sąsiadki z sali, które zajmowały się swoimi maluszkami. W dodatku niesamowicie tęskniłam za domem, za mężem. W szpitalu odwiedziny odbywają się tylko na korytarzu, a ja na początku nie miałam siły, żeby tak długo stać, czy siedzieć na krześle. Poza tym akurat przeprowadzaliśmy się do nowego mieszkania-chciałam urządzać nasze gniazdko, a nie snuć się całymi dniami w koszuli po szpitalnych korytarzach. Najgorzej było w święta-zawsze ten czas spędzam ze swoimi bliskimi, a tymczasem musiałam leżeć na oddziale i w dodatku bez synka. Oczywiście mąż i rodzice odwiedzali mnie codziennie, ale mimo wszystko tęskniłam. Były momenty, że chciało mi się płakać, szczególnie rano, kiedy przy obchodzie były podejmowane decyzje o wypisach pacjentek, a ja cały czas słyszałam "nie dziś". Swoją drogą obchodów dosłownie nienawidziłam, ze względu na okropną ordynatorkę;/ Wstrętne babsko, które nawrzeszczało na mnie w drugiej dobie po cesarce, kiedy zgięło mnie z bólu podczas, gdy nacisnęła mi na brzuch. Na szczęście poza nią, wszyscy inni lekarze byli super.

Jeśli chodzi o stan fizyczny, to bardzo szybko doszłam do siebie. 12 godzin po cc przy pomocy położnej wstałam z łóżka i wzięłam prysznic. Z każdym dniem czułam się lepiej, a w 4 dobie po porodzie już prawie nie czułam bólu. Nie lało się też ze mnie jakoś mocno-ot taki zwyczajny "okres" i to w dodatku bez bólu brzucha. Pokarmu też początkowo miałam jak na lekarstwo, więc i nawał mnie ominął.
Niestety nie złapałam kontaktu z sąsiadkami z sali. Było nas 5, ale wszystkie poza mną rodziły już swoje 2 lub 3 dziecko. One nieustannie miały o czym gadać. A ja? Nawet nie miałam swojego synka przy sobie. W dodatku byłam dużo młodsza, momentami czułam się jak taka "gówniara", co nic nie wie o życiu. Pewnie tak też o mnie myślały, bo niestety wyglądam jak nastoletnia mama. Wiadomo czasem porozmawiałyśmy o czymś,czy zerknęłam im na dzieci, kiedy szły pod prysznic, ale nie można tego nazwać "ploteczkami z sąsiadkami z porodówki".
Pamiętam też jak pierwszy raz przyniesiono mi synka. Położna rzuciła mi tobołek z dzidziusiem na łóżko i musiałam sobie radzić. Pokazała mi tylko jak przystawić małego do piersi-ale co z tego skoro pokazała mi źle (dopiero na drugi dzień inna pani pokazała mi jak to zrobić prawidłowo). Powiem szczerze, że byłam przerażona-nie wiedziałam nawet jak mam podnieść Filipka, aby nie zrobić mu krzywdy. Jedyna wiedza na temat opieki nad dzieckiem pochodziła z gazetek i Internetu. Dobrze też, że obserwowałam sąsiadki z sali, to przynajmniej dzięki temu mogłam zobaczyć jak to wygląda na żywo. Na szczęście z każda godziną szło mi coraz lepiej.
Wiem, że to wszystko brzmi bardzo negatywnie. Ale to nie było tak, że miałam jakiegoś mega doła. Było mi przykro i smutno, ale mimo to, byłam szczęśliwa, że mam już synka przy sobie. Pamiętam do dziś jak cudnie pachniała jego główka, kiedy leżał przy mnie pierwszy raz. Nieustannie wyobrażałam sobie jak będzie cudownie, kiedy zabiorę go do domu. Później, kiedy siedziałam z Filipkiem sama całymi dniami,  a on nie chciał w ogóle spać, to były momenty, że chętnie wróciłabym do szpitala, aby tylko mieć choć chwilę tylko dla siebie.
Myślę, że gdybym była bardziej nastawiona na poród, gdyby to wszystko odbyło się w zaplanowanym terminie, nie przeżywałabym tego szpitala aż tak mocno. Może szybciej obudziłby się we mnie instynkt macierzyński i mogłabym karmić synka od pierwszych chwil. Z perspektywy czasu cieszę się, że wyszło tak, jak wyszło. Ominęło mnie oczekiwanie na poród i wypatrywanie jego oznak. Kupa stresu zaoszczędzona.
Jestem też pewna, że przy drugim dziecku będzie zupełnie inaczej. Będę już doświadczoną mamą, na pewno znajdę tematy z innymi mamusiami z sali. Może będę bardziej pewna siebie. Może...czas pokaże.


Filipek w szpitalu:




7 komentarzy:

  1. A teraz taki duży chłop! A czytałaś moją relację? Zapraszam. U mnie było całkiem inaczej, bo Hania urodziła się 9 dni po terminie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Violianka tak czytałam:) Bardzo dokładnie wszystko opisałaś:) łącznie z organizacją dnia w szpitalu i w ogóle:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ostatnio natrafiłam przypadkiem w internecie na stronę projektu Born in Berlin - Joanny Rajkowskiej - artystki aferzystki ;) - wstrząsający opis jej porodu i nawet film jest - mocne.

    OdpowiedzUsuń
  4. Aż z ciekawości zobaczyłam...okropne!

    OdpowiedzUsuń
  5. O, w tym roku gwiazdka przyszła wcześniej i moje życzenie spełniło się bardzo szybko! :) Dziękuję za spełnienie mojej prośby, naprawdę bardzo obrazowo wszystko opisałaś. Mimo dość negatywnego wydźwięku momentami, cały reportaż wydaje się mieć raczej dość pozytywny wydźwięk. Spodziewałam się gorszych koszmarów :) Hmm... Skoro tak dobrze Ci idzie, to może niedługo znów coś sobie zażyczę :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. W takim razie czekam na życzenia;)

    OdpowiedzUsuń
  7. 10 dni to i tak znosnie... ja z Michalem lezalam 3 tygodnie to dopiero byla masakra wszyscy przychodzili wychodzili a ja lezalam i lezalam... z Filipciem juz bylo wszystko ok ale wyszlismy po 6 dniach bo wypadl nam po drodze weekend i lekarz dyzurny "nie chcial decydowac" chociaz to tez byly ciezkie dni bo pol godziny po porodzie zmarl mi ojciec do tego druga cesarke duzo ciezej sie przechodzi.ja z kolei mimo ze teraz rodzilam drugie dziecko to duzo lepiej sie dogadywalam z "sasiadkami" przy pierwszym.Anka F

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...