sobota, 31 października 2015

Lubelskie porodówki: Lubartowska vs Kraśnickie

Dziś jeszcze wrócę do tematyki około porodowej. Chciałabym się z Wami podzielić moimi spostrzeżeniami na temat szpitali,  w których miałam okazję rodzić. Bo każda ciężarna prędzej czy później staje przed dylematem, gdzie jechać, gdy się zacznie. Może ten wpis pomoże jakiejś przyszłej lubelskiej mamie podjąć decyzję.
Dla przypomnienia:
Pierwszy poród- marzec 2013- cesarskie cięcie- szpital przy Lubartowskiej
Drugi poród- wrzesień 2015- cesarskie cięcie- szpital przy Al.Kraśnickich

Izba przyjęć
Przy obydwu porodach miałam szczęście trafić na dość duże oblężenie porodówek. Za pierwszym razem tak się po prostu złożyło, za drugim jeden z lubelskich szpitali był nieczynny, do tego jedno piętro w szpitalu na Kraśnickich w remoncie i stąd problemy techniczne.
Przy pierwszym porodzie pojechałam na Lubartowską ze skurczami co 2-3 minuty. Na Izbie przyjęć czekałam godzinę, aż ktoś się mną zajmie i lekarka przyszła dopiero po interwencji męża. Może to przypadek, bo z kolei kiedy pojechałam na początku ciąży z krwawieniem zajęto się mną od razu. Samo przyjęcie do szpitala trwało dość długo- badanie, wypełnienie dokumentów, ale przy drugim porodzie było tak samo, więc to raczej standard.
Tym razem, kiedy pojechałam na Kraśnickie pani doktor przyszła bardzo szybko (swoją drogą lekarka przesympatyczna, zajmowała się mną przez cały czas, a później uczestniczyła w cc). Panie w recepcji na izbie również były bardzo miłe i dodawały otuchy uśmiechem i dobrym słowem. Samo przyjęcie do szpitala i wszystkie początkowe sprawy-badania, założenie wenflonu itd wspominam bardzo dobrze, bo położne były naprawdę sympatyczne.

Sale przedporodowe
Przy pierwszym porodzie miałam okazję trafić na oddział przedporodowy (co prawda poleżałam tam z 15 minut, bo zaraz odeszły wody i trafiłam na trakt porodowy). Sala wyremontowana, z łazienką. Co prawda leżało w niej sporo osób (chyba 8), a to jednak minus.
Przy drugim razie sal nie widziałam, bo ze względu na brak miejsc położono mnie od razu na trakcie porodowym, na korytarzu.

Trakt porodowy 
Przy pierwszym porodzie, na Lubartowskiej mojego męża w ogóle nie wpuszczono na oddział. Prosiłam, aby mógł ze mną posiedzieć podczas ktg, ale nawet tego nam odmówiono. W rezultacie wysłałam go do domu i poród przeżyłam sama. To największy minus tego szpitala, bardzo często nie ma tam możliwości porodu rodzinnego ( z tego co wiem partner może uczestniczyć tylko wtedy, kiedy jesteś jedyną rodzącą). Jeśli chodzi o opiekę, to kiedy leżałam pod ktg, co chwila ktoś tam do mnie zaglądał. Samego szykowania do cesarki nie bardzo pamiętam, byłam wtedy w dość dużym szoku i dużo rzeczy mi umknęło.
Na Kraśnickich było zupełnie inaczej. Mąż mógł być ze mną cały czas i dla wszystkich było to oczywiste, nie musiałam o to prosić. Na trakcie leżałam mniej więcej od 23 do 2 w nocy, kiedy zdecydowano, że nie wytrzymam do rana i trzeba zrobić cięcie już. Co chwila przychodziłam do mnie pani doktor i położne. Atmosfera bardzo sympatyczna- muzyka, żarty, uśmiech i dobre słowo. Naprawdę miło to wspominam, położne były bardzo sympatyczne.
Na Kraśnickiej przed porodem wypełnia się plan porodu. Na Lubartowskiej dziewczyna, która przyjechała z takim planem została wyśmiana i jeszcze na drugi dzień położne się nabijały.

Cesarskie cięcie
W obydwu przypadkach wszystko przebiegło podobnie ( z tymże za drugim razem trwało dużo dłużej). Na sali operacyjnej miłe, kompetentne osoby. Czułam, że dobrze się mną zajęli. Przy drugim porodzie mąż mógł od razu zobaczyć synka, jeszcze nie oczyszczonego, cieplutkiego prosto z brzucha;)

Po operacji
Po pierwszym porodzie trafiłam na salę dwuosobową z dziewczyną, która strasznie jęczała i biadoliła;) Położna, która nas doglądała taka sobie. No i oczywiście brak męża. Po 12 godzinach pierwsze wstanie i posiłek (dwa sucharki). Generalnie mało pamiętam z tamtego czasu.
Po drugim porodzie mąż siedział ze mną jeszcze 2 godziny. Co chwila zaglądała położna, a rano dodatkowo pojawiły się praktykantki. Pierwsze wstanie i posiłek po 12 godzinach (normalna zupa). Bardzo dobra opieka.

Warunki na oddziale poporodowym 
Lubartowska- sala 8-osobowa. Łazienka jedna na cały oddział. Lodówka na korytarzu. Ogólny wygląd oddziału jak sprzed kilkudziesięciu lat (ciekawe czy coś się zmieniło, bo jednak minęło już 2,5 roku od czasu, kiedy tam leżałam).
Kraśnickie- sala dwuosobowa (zupełnie inny komfort!). Łazienka jedna na dwie sale (czyli na 4 osoby). Lodówka w pokoiku socjalnym, dodatkowo czajnik elektryczny, stolik, ociekacz na sztućce itd. Ładny, wyremontowany oddział. Duuuużo lepszy komfort pobytu w szpitalu.

Personel
Jeśli chodzi o lekarzy, to zdecydowanie lepiej wspominam tych z Kraśnickich. Obchód w miłej atmosferze. Natomiast na Lubartowskiej bardzo źle wspominam ordynatorkę, która w moim odczuciu jest wyjątkowo niesympatyczną kobietą. Przez nią każdy obchód był dla mnie stresujący.
Panie położne na Kraśnickich w większości sympatyczne i młode. Choć i na Lubartowskiej pod tym względem nie mogłam narzekać.
Na Lubartowskiej z tego, co pamiętam było większe zainteresowanie, co się z nami, położnicami dzieje, czy dajemy sobie radę. Na Kraśnickich od momentu otrzymania dzieci praktycznie nikt do nas nie zaglądał, nie pytał czy sobie radzimy, czy nie potrzebujemy pomocy. Choć oczywiście gdy ktoś, czegoś chciał i poszedł do dyżurki, to nie odmawiano.

Opieka nad noworodkami
W obydwu przypadkach, co bardzo mi się nie podobało, moje dzieci były na początku (dopóki leżały na wcześniaczkach) dokarmiane mlekiem modyfikowanym bez pytania mnie o zdanie. . Jeśli chodzi o lekarzy neonatologów, to w obydwu szpitalach były lekarki bardziej i mniej sympatyczne. To samo tyczy się położnych.

Odwiedziny
Lubartowska- odwiedziny tylko na korytarzu. Kraśnickie- przychodzący goście mogli normalnie przebywać na sali. W pierwszym przypadku stanie na korytarzu było dla mnie mocno uciążliwe, dużo lepiej było teraz, kiedy mogłam leżeć w łóżku, a mąż siedział obok. Dzięki temu mógł do mnie przyjeżdżać na dużo dłużej.

Jedzenie
Zdecydowanie na Kraśnickich lepiej. Muszę przyznać, że jedzenie było smaczne. Mąż praktycznie nie musiał mi nic dowozić. Na Lubartowskiej bez swojego zaopatrzenia chyba bym nie przeżyła. Do dziś pamiętam salceson i komentarz jednej z pań "kupuję taki dla psa". Albo chleb z masłem dla osób, które miały jakąś dietę.

Rozkład dnia
W obydwu szpitalach pobudka skoro świt, podobne pory posiłków. Niestety na Kraśnickiej dość późno można było iść spać. Codziennie po 22 zaczynało się sprzątanie oddziału z wielkim hukiem, zabieranie dzieci na antybiotyki, a raz nawet ok 23 odbywały się badania słuchu u dzieci. Na Lubartowskiej jak pamiętam ok 22 była już cisza i spokój.

Wypisy
W obydwu szpitalach wypisy odbywają się przez cały tydzień, także w weekendy. Mama leży w szpitalu, dopóki leży dziecko. Na Kraśnickich chyba wychodzi się szybciej. Na Lubartowskiej synek już skończył naświetlania żółtaczki, a jeszcze ze 3 dni leżeliśmy choć nic się nie działo.


Chyba nic więcej już mi nie przychodzi do głowy. Jeśli chciałybyście o coś jeszcze zapytać, to piszcie w komentarzach. Podzielcie się też swoimi doświadczeniami z lubelskimi porodówkami. Chętnie przeczytam jakie macie doświadczenia z tymi dwoma szpitalami, a także z innymi.

Podsumowując- gdybym miała rodzić trzeci raz, to zdecydowanie pojechałabym na Kraśnickie. Dużo lepiej wspominam pobyt w tym szpitalu i będę go polecać.
Nie rodziłam wprawdzie naturalnie, ale z tego, co widziałam i co opowiedziała mi współlokatorka z sali, na Kraśnickich są bardzo dobre warunki jeśli chodzi o poród naturalny. A może któraś z was rodziła sn i opowie co nieco?

sobota, 24 października 2015

Zabawy z dzieckiem nr 11

1. Dom z kartonu

Małe dzieci uwielbiają wszelkiego rodzaju skryjdy, domki i ...pudła. U nas zawsze jak przyjdzie jakaś większa paczka najlepszą zabawą jest chowanie się w kartonowym pudełku. Tym razem paczka przyszła naprawdę spora, więc wpadliśmy na pomysł zrobienia prawdziwego domku. Oto efekt:



Kolejnym elementem tej zabawy było pomalowanie domku farbami:



Zabawa świetna, ale jest jeden minus- ciężko tą "zabawkę" będzie dyskretnie wyrzucić, więc obawiam się, że kartonowe pudła na dłuższy czas będą elementem krajobrazu w naszym mieszkaniu;)

2. Opowiadanie historyjki

Przyznaję, że to nie ja wpadłam na ten pomysł, a filipkowy tata. Do zabawy potrzebne są np. karty obrazkowe lub jakiekolwiek powycinane obrazki. U nas są to karty obrazkowe z serii Kapitan Nauka:


Zabawa wygląda tak: losowo rozkładamy obrazki, a zadanie dziecka polega na wymyślaniu historyjki z użyciem każdego słowa np. Wzięliśmy samochodzik i lalkę i poszliśmy na spacer. Świeciło słońce i graliśmy w piłkę. Spotkaliśmy dziadka itd. Oczywiście historyjkę wymyślamy razem z dzieckiem. Zaletą jest to, że za każdym razem powstaje inne opowiadanie. Zabawa ta wspaniale rozwija wyobraźnię i umiejętności opowiadania u małego dziecka.



3. Łódki z orzechów

Tą zabawę zna chyba każdy z nas. Jedyne co potrzebujemy to łupiny po orzechach włoskich, kawałek plasteliny, wykałaczki, kawałek papieru i miskę z wodą.



4. Pływające nakrętki

Jak wykorzystać wodę po kąpaniu młodszego dziecka? Dać starszemu do zabawy razem z całą siatką plastikowych nakrętek:D Zabawa na całą godzinę. U nas do momentu aż Fifi oparł się o wanienkę i zrobił nam w kuchni powódź. Także nie bawcie się w to na dywanie;)





poniedziałek, 19 października 2015

Mały strażak

W życiu każdego dziecka nadchodzi czas, że zaczyna się ono czymś interesować. U nas padło na strażaków - od jakiegoś miesiąca Filipek przeżywa fascynację wszystkim, co związane ze strażą pożarną. Bardzo mnie to cieszy, że tak małe dziecko ma już swoje zainteresowania. Filip lubi książeczki o strażakach, bajkę "Strażak Sam" oraz zabawę w strażaków- bawi się tak codziennie. Ratuje koty z dachów, gasi pożary i jeździ na akcje ratunkowe;) Głośny jest przy tym strasznie, ale co zabawa, to zabawa;) Kiedy byłam w szpitalu, babcia zabrała nawet Filipka pod remizę strażacką- Fifi widział samochód strażacki i porozmawiał ze strażakiem, który zamiatał ulicę;)
W domu Filip gasi pożary za pomocą zwiniętego w rurkę koca;) Kiedy ma akcję ratunkową najpierw biegnie do łazienki i "zjeżdża" po rurze od ogrzewania:D A czasem także po nodze tatusia. Prawdziwym hitem i jak dotąd zabawką, która zajęła Filipka na najdłuższy czas jest duży samochód strażacki z wysuwaną drabiną.





Gaszenie pożaru:


Filipek lubi książeczki o strażakach, których jest całe mnóstwo. Kilka z nich chciałabym wam przedstawić. Najpierw te, które udało nam się wypożyczyć w bibliotece:

"Dzień w straży pożarnej" 
Zaletą tej książeczki są otwierane okienka, które świetnie uzupełniają ilustracje.




Opowiadania o Strażaku Samie wyd.Egmont
Książeczki na podstawie bajki "Strażak Sam".





A takie książeczki mamy w naszej biblioteczce:

"Chciałbym być strażakiem" wyd. Olesiejuk
Jest to sztywnostronnicowa książka z serii "Dotknij i poczuj"-obrazki uzupełnione są  elementami o zróżnicowanej strukturze np. błyszcząca szeleszcząca, śliska itd.



"Wóz strażacki Gasidło" wyd.Wilga
Jest to sztywnostronnicowa książeczka z przyciskiem dźwiękowym, który u nas niestety uległ destrukcji;)




"Świnka Peppa-Wóz strażacki" wyd. Media Service Zawada
Peppę znają chyba wszyscy młodzi rodzice;) Książeczek o sympatycznej śwince jest całe mnóstwo, my mamy akurat taką, która świetnie wpasowała się w zainteresowania Filipka. Peppa, George i mama świnka udali się na ćwiczenia przeciwpożarowe, a tymczasem tatusiowe zrobili mały pożar podczas grillowania.



"Pali się"-Ja Brzechwa, wyd.Skrzat
Nasz książkowy hit. Pięknie wydany wiersz Brzechwy (który jest dla mnie mistrzem literatury dziecięcej) ze świetnymi ilustracjami Zbigniewa Dobosza. Wesoła, ekspresyjna historia o pożarze, którą czyta się świetnie. Filipkowi od razu się spodobała.





Mamy również strażackie, 15-elementowe puzzle marki Castorland:




A to ostatnia zdobycz z ciuchlanda;)


I na koniec praca plastyczna:


A Wasze dzieci jakie mają zainteresowania? Opowiedzcie w komentarzach:)

sobota, 10 października 2015

Witaj Kubusiu!- część 2- pierwsze dni w domu

W poprzedniej notce opisałam Wam poród i pobyt w szpitalu, dziś kilka słów o naszych pierwszych chwilach w domu.
Tak jak wspomniałam ze szpitala wyszliśmy po pięciu dniach, w sobotę 3 października. Wypis kosztował mnie dużo nerwów, przez to, że lekarka chciała nas niepotrzebnie trzymać do poniedziałku, a później samo czekanie na wszystkie papiery trwało 4 godziny. Cały czas bałam się, że jednak coś się zmieni i nie wyjdziemy tego dnia (pani z sąsiedniej sali miała taką sytuację-spakowana czekała na męża, kiedy okazało się,że musi zostać,bo dziecko ma złe wyniki).
Kiedy w końcu dostałam wszystkie dokumenty do ręki i mogłam opuścić szpital byłam przeszczęśliwa. Najbardziej nie mogłam  doczekać się spotkania z Filipkiem, za którym strasznie tęskniłam. Fifi był w tym czasie z dziadkiem i czekał już na nas pod blokiem, żebyśmy go zgarnęli po drodze. Wyskoczyłam z samochodu spodziewając się wielkiego powitania, tymczasem mój syn od niechcenia dał mi buziaka i interesował się tylko tym, gdzie jest Kubuś:D
Po tej kilkudniowej rozłące Filip wydał mi się zupełnie inny, nie poznawałam swojego dziecka. Zrobił się taki duży, taki dorosły, nawet jego głos brzmiał mi inaczej. Jestem zadziwiona tym, jak się zmienia postrzeganie starszego dziecka, kiedy rodzi się młodsze. Do tej pory Filipek był moim maleńkim syneczkiem, a nagle zrobił się taki duży-prawdziwy starszy brat!
W domu Filipek zafascynowany patrzył na Kubusia, co chwila pytał czy może "głaśnąć" albo przytulić. Nie odstępował maluszka na krok, dopóki nie nadeszła chwila przewijania;) Tego pierwszego dnia Filipek uciekał jak tyko trzeba było przewinąć maluszka i strasznie się złościł jak Kubuś zaczynał płakać. Na szczęście szybko przywykł i teraz jest mu to obojętne.
Kubuś oczywiście miał dla Filipka prezent- zdalnie sterowany samochód, co dodatkowo uatrakcyjniło pojawienie się młodszego brata. Filipek pod naszą nieobecność pojechał z tatusiem do sklepu i też kupił Kubusiowi prezent. Nawet na mamę czekał mały upominek i bukiet róż.
Przez pierwszych kilka dni Filip odreagowywał sytuację. Nie okazywał zazdrości, ale widać było, że jest bardzo rozstrojony, podejrzewam, że głównie tym rozstaniem. Był bardzo niegrzeczny, w ogóle się nie słuchał, a mnie traktował jak powietrze. Po kilku dniach widzę, że wróciliśmy już do normalności, a nasz synek znów jest taki jak wcześniej. Muszę znów zacząć spędzać z nim więcej czasu, robić zadania, prace plastyczne, bo niestety przez te kilka dni Filipkiem zajmował się głównie tata.
Jeśli chodzi o Kubusia, to odpukując jest cudownie. Malutki jak się naje to śpi 2-3 godziny. Prawie wcale nie płacze, awantury mamy jedynie przy kąpaniu. Robi się też bardziej aktywny, potrafi godzinę grzecznie leżeć i się rozglądać. Uwielbia czuć bliskość rodziców, spać wtulony we mnie lub tatusia. Póki co w ogóle nie jestem zmęczona byciem podwójną mamą. Zobaczymy jak będzie później-na razie mam pomoc męża, a od poniedziałku będzie u nas moja mama. Później zostanę sama z moimi synkami.
W czwartek odwiedziła nas położna środowiskowa-przemiła kobieta. Porozmawiałyśmy, wypełniła wszystkie dokumenty i obejrzała Kubusia. Przyjdzie do nas jeszcze trzy razy. W piątek natomiast odwiedziła nas pani doktor, zbadała maluszka i stwierdziła,że wszystko jest w porządku- Kubuś jest zdrowy i bardzo silny jak na wcześniaka. Za dwa tygodnie czeka nas badanie u okulisty i ortopedy.
Codziennie (jak jest ładna pogoda) wychodzimy na spacer. Filipek lubi pchać wózek, choć na szczęście szybko mu się to nudzi i możemy spacerować "normalnie" ;)
Filipek póki co w ogóle nie okazuje zazdrości. Kiedy wczoraj spytałam go czy jest zazdrosny o Kubusia, powiedział: "nie, jestem szczęśliwy". Mówi też, że kocha Kubusia i jak go nie było, to było niedobrze:) Oby tak mu zostało, choć wiem, że jeszcze może być różnie. Staramy się robić wszystko, aby tej zazdrości nie wzbudzić.





niedziela, 4 października 2015

Witaj Kubusiu- część 1- poród i pobyt w szpitalu

No i stało się- jestem podwójną mamą. Znowu troszkę za wcześnie przyszedł na świat mój drugi synek- Kubuś. Urodził się 28 września o 2:10 w nocy przez cesarskie cięcie. Waga 2520 g, długość 51 cm, 10 punktów w skali Apgar. Przypomnę, że termin porodu miałam na 29 października.
Pokrótce opiszę Wam jak to z nami tym razem było.
W niedzielę 27 września absolutnie nic nie wskazywało na to, że mogłabym rodzić. Rano pojechaliśmy do moich rodziców, bo mama tego dnia obchodzi urodziny. Później zrobiliśmy zakupy, a ok 18 jeszcze zbierałam z Filipkiem kasztany;)

 
Wieczorem rozmawiałam nawet z koleżankami i mówiłam, że tym razem to chyba w terminie urodzę, bo brzuch mam nadal wysoko. O 21 położyłam się z Filipkiem spać i poczułam 3 delikatne skurcze co 10 minut. Nie przejęłam się nimi, bo często wieczorem miałam delikatne skurcze i pobolewał mnie brzuch. Zignorowałam sprawę i zasnęłam. Po kilkunastu minutach obudziła mnie powódź- odeszły wody. Pobiegłam do łazienki, a mąż w panice zaczął szykować ostatnie rzeczy- dokumenty, telefon itd. W międzyczasie zadzwoniłam po rodziców, żeby przyjechali do Filipka. Stresowałam się okropnie, cała się trzęsłam i nie mogłam tego opanować. Pojechaliśmy na Izbę przyjęć do szpitala, gdzie zostałam od razu przyjęta, oczywiście po wypełnieniu całej sterty dokumentów. Po kilkunastu minutach pojawiła się przemiła pani doktor, która po badaniu i usg stwierdziła, że trzeba rozwiązać ciążę przez cesarskie cięcie. Wspólnie z lekarzem pediatrą zdecydowano jednak, że najlepiej zrobić to rano, a wcześniej wyciszyć skurcze kroplówkami i podać antybiotyk na płuca dziecka. Skurcze miałam już co 2-3 minuty. W końcu znalazłam się na trakcie porodowym, co prawda na korytarzu, bo akurat w szpitalu brakowało miejsc. Atmosfera na trakcie niesamowicie mnie zaskoczyła- lekarka i położne były po prostu przemiłe! Bardzo troskliwie się zajmowały, co chwila przychodziły. Mąż mógł ze mną siedzieć przez cały czas. Podłączono mnie pod ktg i kroplówki, które miały wyciszyć te skurcze. Niestety bolało coraz gorzej, pomimo kolejnych dawek leków przeciwbólowych. W końcu chwilę przed 2 w nocy pani doktor stwierdziła, że nie ma sensu dłużej mnie męczyć (skurcze miałam już potwornie bolesne) i czas zrobić cesarskie cięcie. Mój stres sięgnął zenitu, trzęsłam się jak osika. Wszystko strasznie mi się dłużyło-przygotowania do operacji, podawanie znieczulenia i sama cesarka. Kubuś urodził się o 2:10, pokazano mi go na chwilkę i zabrano. Ja natomiast leżałam na stole jeszcze 40 minut, bo bardzo długo trwało zszywanie. W końcu przewieziono mnie na salę pooperacyjną, gdzie już czekał mój mąż. Położne okryły mnie kocami, bo dalej się trzęsłam i tak leżałam przez kilka godzin i czekałam aż zejdzie znieczulenie. To jest potworne uczucie- leżeć i nie móc ruszyć własną nogą. Po 12 godzinach, lekarka wraz ze studentkami praktykantkami pomogła mi wstać po raz pierwszy. Bardzo ciężko było, nie dość, że bolało, to jeszcze potwornie kręciło mi się w głowie. Do godziny 16 leżałam jeszcze na korytarzu, aż w końcu przewieziono mnie na salę dwuosobową. Leżałam z bardzo sympatyczną dziewczyną, która jak się okazało mieszka na tej samej ulicy co ja:) Nasze dzieci urodziły się tego samego dnia i mam nadzieję, że zostaną dobrymi kolegami. 
Kubuś natomiast został zabrany na oddział wcześniaków. Mogłam do niego przychodzić i próbować przystawiać do piersi, jednak ciężko szło, bo ciągle spał. Dopiero na drugi dzień udało nam się pierwsze karmienie, po długich próbach, bo synek nie mógł załapać o co chodzi. W środę z samego rana  dostałam już dzieciątko na swoją salę i od tej chwili rozstawaliśmy się tylko jak malutki był zabierany na jakieś badania. Kubuś od razu załapał czym jest bliskość mamy i jej cyca i nie chciał rozstawać się ze mną nawet na chwilę. Całymi dniami leżeliśmy więc razem w szpitalnym łóżku;) Podczas pobytu w szpitalu synek dostawał antybiotyk, ze względu na to, że wody odpłynęły przed czasem, a przyczyną tego prawdopodobnie była infekcja. Na szczęście mały jest w pełni zdrowy.
Sam szpital bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Bardzo dobre warunki- sala dwuosobowa, toaleta i prysznic przy samych drzwiach (jedne na 2 sale), smaczne jedzenie (nie wierzyłam, że kiedyś tak powiem o szpitalnym jadłospisie), bardzo miły personel. Co prawda położne w ogóle nie zaglądały na salę, nie sprawdzały czy sobie radzimy, ale kiedy ktoś poprosił o pomoc, to nie odmawiały. Mile zaskoczona też byłam kwestią szczepień- nie wyraziliśmy zgody na szczepienie dziecka w szpitalu i o dziwo, nikt nie robił nam z tego tytułu problemów. Raz lekarka spytała tylko o powód decyzji i poprosiła o przemyślenie sprawy. Nikt nie naciskał, nie straszył, nie próbował szczepić na siłę. Podpisaliśmy odmowę szczepienia i dlatego byliśmy traktowani po ludzku. Kiedy rodzice nie chcą tej odmowy podpisać, a nie zgadzają się na szczepienie, to wtedy zaczynają się problemy. 
W szpitalu byliśmy do soboty 3 października. Wykłóciłam się o ten wypis z pediatrą. Cały tydzień synkiem zajmowała się inna lekarka, która w piątek powiedziała, że następnego dnia wyjdziemy. W sobotę dyżur miała inna i stwierdziła, że wypis w poniedziałek. Strasznie się zdenerwowałam, bo dziecko zdrowe, leki odstawione żadnych zleconych badań, a chciała nas trzymać. Powiedziałam jej kilka słów i w końcu z łaską nas wypisała. Kosztowało mnie to trochę nerwów, ale najważniejsze, że się udało i ok 14 mogliśmy zabrać nasze maleństwo do domu (po 4 godzinach oczekiwania na wypis).
Filipek naszą rozłąkę znosił bardzo dobrze. Mąż codziennie zawoził go do babci i dziadka, a sam przyjeżdżał do nas do szpitala. Filip ani razu za mną nie płakał, nie marudził. Był bardzo dzielny i rozumiał, że jestem w szpitalu i urodziłam Kubusia. Ja chyba to rozstanie zniosłam dużo gorzej, bo tęskniłam strasznie.
Na szczęście i poród i szpital mam już za sobą i mogę cieszyć się rodziną. Oby tylko Kubuś zdrowo się rozwijał i szybko rósł bez żadnych problemów. 
O naszych pierwszych chwilach w domu i reakcji Filipka na pojawienie się brata przeczytacie w następnej notce:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...