niedziela, 29 czerwca 2014

Nałęczów

Dzisiejszą piękną niedzielę spędziliśmy rodzinnie na wycieczce do Nałęczowa. Wyjazd ten planowaliśmy od dawna i ciągle coś stało na przeszkodzie. Ale dziś w końcu wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w drogę.
Na początku pojechaliśmy do Nałęczowskiego mini zoo. Miejsce wydaje mi się, że dosyć mało znane, a szkoda. Co prawda ciężko tam trafić, ale warto. Idealne miejsce na wycieczkę z dziećmi. Strona internetowa zwierzyńca znajduje się tutaj .
Bałam się, że przy niedzieli będzie tam dużo ludzi, ale kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, że wręcz przeciwnie- byliśmy jedyni. Wstęp kosztuje 6 zł za osobę dorosłą, dziecko do 3 lat wchodzi bezpłatnie. Po zwierzyńcu oprowadził nas bardzo sympatyczny właściciel wraz z synkiem. Atrakcją tego miejsca są oczywiście zwierzęta. Najpierw te duże- krowy, kuce, lama, kozy, owce, świnki wietnamskie. Następnie ptaki-struś, kury różnych ras, kaczki, gołębie, gęsi. Te ostatnie narobiły trochę zamieszania-ich głośne gęganie bardzo wystraszyło Filipka, aż biedny przez kilka minut płakał. Łzy lały się ciurkiem, ale na szczęście uspokoił się, kiedy zobaczył małe zwierzątka- świnki morskie, króliczki, koszatniczki. W zoo mieszkają też jenot, szop, lis i nutrie ( ohyda!). Właściciel bardzo fajnie opowiada o poszczególnych zwierzętach. Naprawdę miłe miejsce! Polecam! A poniżej kilka zdjęć.















Później pojechaliśmy do Parku Zdrojowego. Miło tak pospacerować w otoczeniu przyrody i ładnych widoków!







piątek, 27 czerwca 2014

Filip chodzi!

Nareszcie doczekałam się i ja- mój syn chodzi. Oficjalna data 26 czerwca, czyli równo roczek i 3 miesiące.
Filipek już od dawna chodził przy meblach, trzymany za rączki, a nawet za jedną. Panicznie bał się jednak samodzielnego kroku. Kiedy tylko czuł, że chcę go puścić, łapał się kurczowo lub od razu siadał.
Znalazłam jednak na niego sposób;)
We wtorek Filip zrobił swój samodzielny pierwszy krok, a właściwie trzy. Dokonaliśmy tego w następujący sposób: Filipek stał przy łóżku przodem do mnie, a ja złapałam go za sznureczki od spodenek i pociągnęłam. Filip zaczął iść (czuł się pewnie, no bo przecież mama trzyma), a ja wtedy puściłam troczki. I tym sposobem moje dziecko zobaczyło, że da się! Wyczyn powtórzył kilka razy. Na drugi dzień kroczków było już więcej. Trzeciego dnia rano stwierdził, że może przecież ruszyć sam. Złapał za sznureczki i sam siebie ciągnął (komiczny widok). I tym sposobem nauczył się sam ruszać. Po południu przeszedł samodzielnie całe mieszkanie. Niesamowite- w ciągu kilku godzin dokonał takich postępów!
Dziś nauczył się zmieniać kierunek i zawracać. Wciąż chodzi jeszcze jak mały robocik, ale wygląda przesłodko. Idąc wyciąga przed siebie rączki i jedną tak śmiesznie macha- śmiejemy się, że steruje.
Jestem dumna z mojego synka:)
I potwierdza się po raz kolejny, że dziecko zaczyna kolejny etap, wtedy, kiedy jest gotowe. Nie trzeba nic na siłę przyśpieszać. Jedno chodzi jak ma 10 miesięcy, a inne jak ma 15.


czwartek, 26 czerwca 2014

Jakim jestem czytelnikiem

Jakiś czas temu, Asia z bloga prawdziwezycie.com nominowała mnie do zabawy "Jakim jestem czytelnikiem". Ostatnio nie miałam za bardzo czasu na pisanie, ale w końcu nadrabiam zaległości. Więc do dzieła!

1. Książki czytam od kiedy tylko pamiętam. Są integralną częścią mojego życia. Już w czasach wczesnej podstawówki często byłam uczennicą, która miała na swoim koncie najwięcej wypożyczonych książek. Zawsze czytałam bardzo dużo. Teraz niestety przez codzienne obowiązki i opiekę nad synkiem mam dużo mniej czasu. Co nie znaczy, że przestałam czytać.
2. Najwięcej książek przeczytałam chyba będąc na studiach. Muszę przyznać się, że często zdarzało mi się czytać podczas nudniejszych wykładów. Książka towarzyszyła mi także podczas jazdy autobusem.
3. Najczęściej czytam wieczorem, leżąc w łóżku.
4. Mam kilka ulubionych książek- "Przeminęło z wiatrem", "Anna Karenina", "Jeździec miedziany", "Ptaki ciernistych krzewów", książki Phillippy Gregory
5. Lubię książki o tematyce życiowej- prawdziwe opowieści, wspomnienia, książki historyczne, romanse, biografie ciekawych ludzi
6. Moje ulubione autorki to Phillippa Gregory i Małgorzata Musierowicz. Jeżycjadę przeczytałam kilka razy i wiem, że jeszcze nieraz do niej wrócę. Mam ogromny sentyment do tych książek.
7. Zazwyczaj książkę czytam tylko raz, rzadko wracam drugi raz do tej samej pozycji. Aczkolwiek moje ulubione książki czytam wielokrotnie.
8. Raczej nie kupuję książek. Skoro czytam je jeden raz, szkoda mi pieniędzy na kupowanie. Ale swoje ulubione książki mam na własność.
9. Uwielbiam chodzić do biblioteki. Zawsze towarzyszy mi dreszczyk emocji pt. ciekawe co dzisiaj fajnego wpadnie mi w ręce. Lubię chodzić pomiędzy półkami, przeglądać książki, szukać ciekawych pozycji. Często idę z postanowieniem- dziś nic nie wypożyczę, bo nie mam czasu na czytanie, a i tak wracam obładowana książkami.
10. Rzadko czytam dwie książki naraz, ale zdarza mi się. Najczęściej kiedy czytam jakieś grube tomiszcze, to mam w zanadrzu coś mniejszego np.do autobusu.
11. Uwielbiam książki same w sobie i nie mogę przekonać się do ebooków. Nie mają tej magii. Choć kilka książek przeczytałam na komputerze.
12. Jeśli książka nie wciągnęła mnie, to rezygnuję z czytania. Szkoda mi czasu na czytanie czegoś, co mnie nie interesuje.
13. Mam na sumieniu kilka książkowych grzeszków- czytanie z filiżanką kawy w ręce, czytanie przy jedzeniu, zaglądanie na ostatnie strony, kiedy nie mogłam wytrzymać napięcia
14. Kiedy Filip był malutki i całymi dniami leżał przy piersi, korzystałam z okazji i czytałam. Całe dnie tak spędzaliśmy.
15. Lubię czytać Filipkowi. Kiedy był malutki czytałam mu bardzo dużo. Teraz mój syn ma zbyt dużo do zrobienia, żeby siedzieć i słuchać bajek czytanych przez mamę. Ale nie poddaję się i próbuję chociaż kilka minutek dziennie.
16. Mam manię kupowania książek Filipkowi. Przez te 15 miesięcy zgromadziliśmy już całkiem pokaźną dziecięcą biblioteczkę, która ciągle się rozrasta.
17. Prowadzę wirtualną biblioteczkę, zapraszam do zajrzenia na mój profil klik

Dziękuję za nominację! I zapraszam do zabawy kolejne osoby:

niedziela, 22 czerwca 2014

Noc Świętojańska w Lubelskim Skansenie

W sobotę, 21 czerwca mieliśmy przyjemność bawić się na Nocy Świętojańskiej w Skansenie. Jest to wydarzenie organizowane co roku. Ostatni raz byliśmy jeszcze za czasów narzeczeńskich. Tym razem pojechaliśmy razem z synkiem i moimi rodzicami, dla których ta impreza była niespodzianką. Już 2 tygodnie temu zapowiedziałam im, że tego dnia mają być wieczorem w domu, ponieważ zamierzamy ich porwać. Do ostatniej chwili nie wiedzieli dokąd ich zabieramy. Tak sobie wymyśliliśmy z mężem, że trzeba rodziców trochę rozruszać;) Pomysł był dobry, bo Noc Świętojańska bardzo im się spodobała! Już zaczęli planować, że za rok też jedziemy:D Początkowo planowaliśmy, że zostaniemy maksymalnie do 20-20:30 ze względu na Filipka. Jednak ani się obejrzeliśmy a już było grubo po 21. W sumie zebraliśmy się do powrotu dopiero ok.21:30.
Na początku pospacerowaliśmy po Skansenie. W kilku miejscach były zorganizowane atrakcje m.in zwiedzanie jednej z chat, wicie wianków, jakieś zabawy dla dzieci, opowieści o ziołach. Po 19 rozpoczęło się małe przedstawienie, a po nim pochód z kukłą do ogniska. Kiedy ognisko zostało rozpalone, a kukła spłonęła, grupa młodzieży wykonała przedstawienie tradycyjnych obrzędów i tańców. Filipowi bardzo się podobało! Patrzył jak urzeczony i podrygiwał w rytm śpiewów. Jak co roku częstowano również słodkościami. W krótkim czasie pojawiła się również orkiestra, która bawiła gości przy ognisku. Filip potańcował z dziadziem. Niestety zaczęło trochę padać, Filipkowi chciało się spać i trzeba było zbierać się do domu. Szkoda, że nie mogliśmy zostać dłużej, bo impreza trwa zazwyczaj do ciemnej nocy. 
A na koniec troszkę zdjęć:












czwartek, 19 czerwca 2014

Ospa-nie ospa

Po powrocie znad morza w naszym domu powstał alarm ospowy. Filipkowi wyskoczyło kilka krostek- dwie na buzi, dwie na nóżkach i na stopkach. Pewnie nawet nie pomyślałabym o ospie, gdyby nie to,że tydzień wcześniej byliśmy razem z Filipem na weselu i tam było dziecko z ospą. Co prawda w końcowej fazie, w której teoretycznie nie powinno już zarażać, ale mi te dwa fakty od razu złączyły się w jedno. Do tego podczas wyjazdu Filip przez kilka dni nie miał apetytu.
W poniedziałek próbowaliśmy dostać się do naszej lekarki, ale oczywiście jak zwykle nie było numerków. Wieczorem podjechaliśmy więc na dyżur. Przyjmowała bardzo sympatyczna młoda lekarka. Obejrzała Filipa od stóp do głów, osłuchała, obejrzała gardło, wymacała brzuszek. I stwierdziła, że na tym etapie nie jest w stanie stwierdzić co mu jest. Może być ospa, a może być alergia lub pogryzienie przez owady. Kazała obserwować i na wszelki wypadek zostać w domu. Dała nam maksymalnie 2 dni na ocenę sytuacji- jeśli krostki zmienią się w pęcherze, pojawią się nowe lub mały zacznie gorączkować, to znaczy, że ospa. Jeśli nic się nie zmieni, to coś innego.
W środę byliśmy już praktycznie pewni, że to jednak nie ospa. Nic nowego się nie pojawiło, krostki zmniejszyły się i trochę wybladły, a po Filipie nie było widać absolutnie żadnych oznak, żeby cokolwiek mu dolegało. Nawet nie było z czym iść do lekarza.
I tym sposobem postanowiliśmy zakończyć Filipową kwarantannę i dziś w końcu po trzech dniach w domu pojechaliśmy na działkę;) Cały dzień na świeżym powietrzu dobrze nam zrobił;D

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Wakacje nad morzem

Dziś mam dla Was krótką relację z naszego rodzinnego pobytu nad morzem. Było super! Spędziliśmy 5 wspaniałych dni tylko we trójkę. Pogoda przez pierwsze trzy dni była świetna, dopiero na 4 dzień się popsuła. Filip od razu zaadaptował się do nowego otoczenia. Podróż też zniósł dzielnie. Krótko mówiąc- wakacje bardzo udane!
A teraz czas na szczegóły:

Dzień I
Nad morze wyruszyliśmy w nocy z poniedziałku na wtorek, o godzinie 2. Założenie było takie, że przenosimy śpiącego Filipa do auta i mały śpi grzecznie do rana. Niestety w praktyce wyszło inaczej-Filip się rozbudził i nie mógł usnąć. Przy wyjeżdżaniu z Lublina zaczął się awanturować, więc musieliśmy szybko zjechać na postój. Dostał cyca i uspokoił się na jakieś...10 minut,czyli znowu postój. Jak na złość zapomniałam mu na podróż zrobić mleko w butelce, na szczęście na stacji dostaliśmy ciepłą wodę. Od tej pory Filip uspokoił się i wkrótce usnął aż do 6 rano.
Mąż prowadził, a ja podziwiałam widoki.







Po drodze mieliśmy jeszcze kilka postojów. Filip na szczęście uciął też sobie drzemkę od godziny 8 do prawie 11. Jechaliśmy 11 godzin, aby w końcu o godzinie 13:15 dojechać do Jastrzębiej Góry.
Po dopełnieniu formalności mogliśmy nareszcie odpocząć, zjeść i zameldować się w pensjonacie.
Pokój mieliśmy już zarezerwowany miesiąc temu w Willi Pionier (klik).
Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy nad morze, po drodze zahaczając jeszcze o salę zabaw w naszym pensjonacie. Filipkowi bardzo się tam podobało i chodziliśmy tam codziennie.





Pierwsze kroki skierowaliśmy pod Latarnię Morską w Rozewiu, znajdującą się bardzo blisko pensjonatu.



A następnie udaliśmy się na plażę. Niestety w Jastrzębiej Górze jest bardzo strome zejście, trochę ciężko było z wózkiem, ale daliśmy radę;)





Dzień II-Władysławowo

Drugiego dnia wybraliśmy się do Władysławowa, które jest położone kilka kilometrów od Jastrzębiej Góry.
Przed wyjazdem oczywiście chwila zabawy;)



We Władysławowie na początku udaliśmy się na plażę.




Z racji tego, że raczej nie należymy do osób potrafiących godzinami leżeć na plaży, szybko udaliśmy się na spacer po mieście;)







Odwiedziliśmy też port.






Po powrocie pobawiliśmy się z Filipkiem na placu zabaw należącym do naszego pensjonatu.




Aż w końcu po dniu pełnym wrażeń dziecko padło...


Dzień III- Hel

Trzeciego dnia wybraliśmy się na wycieczkę na Hel. Bardzo nam się tam podobało! Świetne wrażenie robi jazda wzdłuż morza, niestety tylko miejscami, bo większość drogi otoczona jest po obu stronach drzewami.





Wstąpiliśmy też na chwilkę na plażę.



A następnie pojechaliśmy do fokarium. O 11 i 14 są tam pokazy karmienia fok.





Później udaliśmy się jeszcze na spacer po Helu.





Po powrocie z Helu wybraliśmy się na spacer po Jastrzębiej Górze i poszukiwanie maskotki foczki dla Filipka.





Dzień IV

Niestety czwartego dnia pogoda znacznie się pogorszyła. Zrobiło się chłodno i bardzo wietrznie. Dużo czasu spędziliśmy w pensjonacie, ale wybraliśmy się też na spacer po Jastrzębiej Górze.
Foczka, którą kupiliśmy Filipowi podbiła jego serce, nie opuszczał jej na krok;)






Dzień V

Ostatni dzień naszego pobytu nad morzem praktycznie przesiedzieliśmy w pensjonacie. Było okropnie zimno i wietrznie. Zagraliśmy w bilard, a Filip pobawił się w sali zabaw.



Po południu spakowaliśmy się i pojechaliśmy jeszcze do centrum miasteczka i na chwilkę na plażę. Wiało strasznie, ale takie wzburzone morze ma niesamowity urok!








W drogę powrotną wyruszyliśmy o 22. Stwierdziliśmy, że lepiej będzie podróżować nocą, aby Filip przespał podróż. I tak też było, obudził się tylko raz.



Podsumowując- pobyt nad morzem był bardzo udany i już tęsknię za tym beztroskim czasem!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...